CZYTELNIA

Autentyczność – oznacza porzucenie masek w trakcie psychoterapii, to stawanie się sobą w gabinecie, ale też w życiu.  Psychoterapeuta odchodzi od bycia tylko profesjonalistą, a staje się osobą z „krwi i kości”, która może również wnieść swoje odczucia czy doświadczenie. Autentyczne, zgodne ze sobą życie to cel psychoterapii humanistycznej.

Bezwarunkowa akceptacja – jest uznaniem drugiej osoby taką jaka ona jest. Otoczenie, rodzina, opiekunowie w toku rozwoju mogą stawiać nam warunki, które jeśli spełnimy zapewnią ich miłość, uwagę i przyjęcie. W rezultacie zaczynamy żyć oczekiwaniami innych ludzi, gubiąc po drodze to, kim naprawdę jesteśmy. Bezwarunkowa akceptacja przywraca nam własne „ja” i jest ważnym podłożem zaistnienia wszelkich zmian w procesie psychoterapii.

Ciało – niedostrzegane lub traktowane jak obiekt, w procesie psychoterapii staje się źródłem ważnych informacji, często tych jeszcze nienazwanych, ale niosących ze sobą wiele znaczeń. To przez ciało wyrażamy siebie i ciało jako pierwsze „zna odpowiedź”. W psychoterapii humanistycznej wprawiamy ciało w ruch lub w bezruch, wykonujemy różne doświadczenia i eksperymenty, skupiamy na nim uwagę i poznajemy je bliżej.

Doświadczanie – to czynnik leczący w psychoterapii humanistycznej. Doświadczanie to nie to samo co doświadczenie. Doświadczanie dzieje się „tu i teraz”. W psychoterapii humanistycznej proces doświadczania odbywa się na każdej sesji i jest wzmocniony o eksperymenty.

Empatia – to gotowość wkroczenia w świat klienta i zrozumienia go. Obejmuje wrażliwość na uczucia, myśli, stany drugiego człowieka.

Facylitacja – dotyczy psychoterapeuty, który staje się facylitatorem, udrażnia proces, pomaga przechodzić przez kolejne doświadczenia.

Gotowość – w psychoterapii humanistycznej wszystko ma swój czas. Klient w własnym tempie przemierza swoją drogę, odsłania to, na co jest gotowy.

Holizm – modne dzisiaj słowo, w psychoterapii humanistycznej oznacza nic innego jak całościowe podejście do osoby. Uwagą objęta jest sfera psychiki, ciała i ducha.

Indywidualizm - „Żaden dzień się nie powtórzy, nie ma dwóch podobnych nocy” - pisała Wisława Szymborska i właśnie takie podejście do osoby i procesu akcentuje psychoterapia humanistyczna. W jej centrum stoi jego wyjątkowość jak i unikalność każdego spotkania oraz relacji terapeutycznej. Ważna jest tu nie tyle struktura osobowości, co proces zachodzący w człowieku. Dlatego w psychoterapii humanistycznej odchodzi się od klasycznej diagnozy na rzecz jednostkowego doświadczenia.

Jak?” - to podstawowe pytanie humanistów. W przeciwieństwie do pytania „Dlaczego?” stawia ono akcent na niepowtarzalność doświadczeń ludzkich. Wywodzi się z zaplecza filozoficznego takiego jak: fenomenologia, filozofia egzystencjalna i filozofia dialogu.

Klient – czyli osoba, która zgłasza się po pomoc. Przestaje być pacjentem, a jest partnerem w relacji i ekspertem posiadającym wiedzę na swój temat. Terapeuta staje się towarzyszem dzięki, któremu klient może wsłuchać się w siebie, zrozumieć swoje cierpienie i odnaleźć kierunek zmian.

Leczące czynniki – psychoterapia humanistyczna nie bazuje na przeczuciach, lecz na naukowej weryfikacji swoich twierdzeń. Ma udowodnioną skuteczność, a w toku badań wyłoniono czynniki leczące takie jak: spójność, empatia czy akceptacja.

Możliwości – psychoterapia humanistyczna akcentuje twórcze podejście do życia i rozwój, szukanie własnych możliwości w konkretnych sytuacjach.

Niepowtarzalność –  niepowtarzalność ludzkiego doświadczenia, jego wyjątkowość i unikalność stoi w centrum zainteresowania psychoterapii humanistycznej.

Odpowiedzialność – to jeden z głównych celów psychoterapii humanistycznej. Taka odpowiedzialność wiąże się z realizacją własnych, a nie cudzych pragnień czy celów. To realne spojrzenie na to, na co mam wpływ, a na co nie.

Poczucie własnej wartości – często bywa celem, ale w zasadzie jest „efektem ubocznym” psychoterapii. Wzrasta, gdy zwiększamy świadomość siebie i zrozumienie, zaciekawiamy się własnym doświadczeniem, wybieramy miłość odrzucając warunki wartości.

Relacja – to baza psychoterapii, powinna być autentyczna, oparta o bezwarunkową akceptację. To środowisko, które tworzy terapeuta, aby klient mógł w ufności i z ciekawością eksplorować własne doświadczenia. Bycie w leczącej relacji daje szansę na usprawnienie swoich relacji w życiu.

Sprawstwo – odnosi się do pojęcia odpowiedzialności. To jeden z celów psychoterapii. Polega na wzięciu życia w swoje ręce, wychodzeniu z wszelkich utknięć, szukania w sobie siły i pokładów asertywności.

Tu i teraz” - podłoże podejścia humanistycznego. Jest doświadczeniem, na które składają się przeżywane emocje, przepływające myśli, doznania zmysłowe i cielesne, świadomość siebie. Leczące według terapii humanistycznej jest zbliżanie się do pełnego doświadczenia siebie w teraźniejszości.

Ufność – to podstawa relacji terapeutycznej, ale też umiejętność zaufania swojemu doświadczeniu w przeciwieństwie do zaprzeczania czy podważania go. Klient nabywa w toku psychoterapii i w oparciu o nią może podejmować ważne dla siebie decyzje.

Wartości – akcentuje je podejście egzystencjalne, którego nie sposób rozdzielić od humanistycznego. Obok wartości ważnymi elementami pracy terapeutycznej stają się też wolność, odpowiedzialność, sens życia oraz obszar ducha.

Zmiana – to wynik procesu terapeutycznego. Dla każdego oznacza w praktyce coś innego, jednak większość zmian można sprowadzić do uniwersalnych doświadczeń takich jak poczucie odpowiedzialności, sprawstwa i wpływu na swoje życie, większa świadomość i uważność, decyzyjność, zaufanie do siebie, akceptacja siebie i innych, bliższe związki z ludźmi.




Kochanie za bardzo to niedojrzałe uczucie powodujące uzależnienie porównywalne z alkoholizmem i – podobnie jak ono – potrafi być bardzo destrukcyjne w skutkach. Nie można mylić go z miłością.

Aldona ma 32 lata i dobrze płatną pracę. Spełnia się jako prawnik. W swoim środowisku jest ceniona za sumienność i profesjonalizm. Od sześciu lat samotnie wychowuje córkę, po tym jak opuścił ją mąż. Próbowała spotykać się z innymi mężczyznami, ale jeden związek okazywał się gorszy od drugiego. W końcu zdecydowała się porozmawiać o swoim problemie.

Gdy przyszła na spotkanie, sprawiała wrażenie kobiety silnej i pewnej siebie. Na pytanie, co ją sprowadza, twarz Aldony posmutniała, a ręce zaczęły się delikatnie trząść. Po chwili milczenia zaczęła swoją opowieść.

Dzieciństwo miała niełatwe. Ojciec był alkoholikiem. Zazwyczaj przebywał poza domem albo leżał na kanapie z piwem. Aldona była najstarszym dzieckiem i – odkąd pamiętała – musiała zajmować się młodszym rodzeństwem – wyprawiać do szkoły, nierzadko gotować obiady. Najtrudniejsze chwile przeżywała, gdy ojciec stosował przemoc fizyczną wobec matki. Po takich incydentach matka nie wychodziła z łóżka przez następny dzień, cierpiała na depresję. Wtedy to Aldona musiała zadbać o wszystkich.

W końcu nie wytrzymała. W wieku 18 lat spotkała o kilka lat starszego mężczyznę. Szybko skorzystała z okazji i przeprowadziła się do niego. Wydawał się zaradny, jeździł niezłym samochodem. Od początku zdarzało mu się znikać z domu na dłużej, ale tłumaczył to interesami.

Aldona nie chciała wnikać w szczegóły, poza tym była pewna, że dla niej się zmieni. Wydawało się jej, że odnalazła szczęście. W końcu miała dla kogo żyć, czuła się kochana i potrzebna. Z dala od rodziny i problemów zajęła się studiami prawniczymi. Zawsze była ambitna i perfekcyjna. Często powtarzała sobie, że za wszelką cenę musi udowodnić, na co ją stać. Dla studiów zarywała noce, co później okupywała chronicznym zmęczeniem i zajadała kolejnym batonikiem.

Po roku znajomości z Markiem wzięła z nim ślub. Wkrótce przyszła na świat córka. Od tej pory w ich małżeństwie coś zaczęło się psuć. Marek kilka razy w tygodniu znikał na noce, a po powrocie unikał rozmów. Coraz częściej można było wyczuć od niego alkohol. W pewnym momencie na Aldonie skupiło się utrzymywanie domu.

Kobieta zaczęła obwiniać siebie o wszystko. Uważała, że za mało się stara i nie dość dba o męża, że nie jest wystarczająco atrakcyjna. Jej myśli coraz bardziej zaprzątnięte były tym, co jeszcze może zrobić, jak dobrą przyrządzić kolację, w jaki sposób zaskoczyć męża czymś miłym. Nigdy też nie zastanawiała się nad tym, gdzie spędzał noce.

Pewnego dnia Marek powiedział, że kogoś spotkał. Spakował rzeczy i odszedł. Aldona nie rozumiała, co się wydarzyło. Odczuwała olbrzymią pustkę i – tak jak matka – zaczęła cierpieć na depresję. Chwilowe ukojenie przynosiły leki oraz kolejne związki z mężczyznami.

Od początku tych znajomości Aldona bardzo się angażowała, dawała z siebie wszystko, ale czarny scenariusz się powtarzał. Mężczyźni okazywali się nieodpowiedzialni, opryskliwi, nieobecni, nie stronili od używek. Problemy osobiste odbiły się na relacji z córką, która zaczęła wagarować, trudno było nawiązać z nią kontakt.

To przeważyło szalę.Aldona podjęła decyzję, że musi zgłosić się po pomoc.

Uzależnienie od miłości to problem tysięcy osób, choć ciągle mówi się o nim niewiele. W grupie ryzyka znajdują się głównie kobiety, ponieważ to one są bardziej predestynowane przez czynniki biologiczne i społeczno-kulturowe do tego, żeby przeceniać w życiu rolę relacji, a szczególnie związków romantycznych. Mężczyźni przekierowują swoją uwagę na zewnątrz i wypełniają pustkę sportem, hazardem, pracą, choć coraz częściej spotyka się ich w grupach terapeutycznych oraz grupach wsparcia dla osób kochających za bardzo.

Główna przyczyna uzależnienia od miłości zazwyczaj zakorzeniona jest w dzieciństwie.

Kobiety kochające za bardzo często dorastają w rodzinach, w których niezaspokojone były podstawowe potrzeby: poczucia bezpieczeństwa, bliskości, czułości; panował chłód emocjonalny, brakowało przytulania i szczerej rozmowy. W takich domach dzieci pełnią specyficzne role. Niejednokrotnie zastępują rodzica, podejmują opiekę nad nim, rezygnując tym samym z własnych potrzeb. Głód miłości pogłębiany jest przez emocjonalną lub fizyczną nieobecność ojca lub matki, a najczęściej obydwojga.

Osoby uzależnione od miłości często są dziećmi alkoholików, ale nie tylko. W domach, w jakich dorastają, może dochodzić między innymi do: przemocy fizycznej i psychicznej, zdrady, odejścia któregoś z rodziców, choroby psychicznej jednego z rodziców, sprawowania nadmiernej kontroli nad dzieckiem lub wycofania się rodzica z życia rodziny.

Cechy charakterystyczne osób uzależnionych od miłości

Stanowią one siłę napędową działań.

1. Dysfunkcyjne otoczenie, które generuje ogromy lęk – lęk przed samotnością, opuszczeniem, byciem kimś nieważnym, niepotrzebnym i niedocenianym, przed bliskością.

2. Pragnienie znalezienia ukojenia w ramionach partnera – żeby uwolnić się od wszystkich lęków i paraliżującego poczucia pustki.

3. Podświadome pragnienie, żeby partner rozwiązał problemy i uśmierzył lęki – prowadzi to do zerwania kontaktu z samym sobą oraz z własnymi uczuciami; myśl o tym, że można zostać samemu ze sobą, wywołuje przerażenie.

4. Skupienie całej uwagi na partnerze – od momentu poznania partnera już nic więcej się nie liczy; na przykład kobieta może koncentrować się na zapewnieniu dobrych warunków materialnych, przygotowywaniu pysznych obiadów, uatrakcyjnianiu współżycia seksualnego i dbaniu o rozliczne potrzeby partnera. A im więcej daje i im goręcej pragnie zatrzymać mężczyznę przy sobie, tym bardziej on się oddala, staje się zimny i niedostępny – miłość zaczyna być obsesją i nierozerwalnie wiąże się cierpieniem.

Zuzanna była świadoma tego, że pociągają ją mężczyźni trudni. Porównywała ich do studni, która była ciemna i głęboka, lecz fascynująca. Za każdym razem zdawała sobie sprawę, że wchodzi w coś niebezpiecznego i że związek skończy się katastrofą, ale nie potrafiła inaczej. Mówiła, że jest to silniejsze.

Zazwyczaj wiążemy się z osobami, dzięki którym możemy doświadczać podobnych emocji jak w dzieciństwie – im więcej na taki związek składa się elementów przeniesionych z dzieciństwa, tym trudniej odejść.

U osób kochających za bardzo dobór partnera nie jest przypadkowy, choć pozornie często tak wygląda. Daje „szansę” na uporanie się z cieniami przeszłości: ze złością, z poczuciem winy, z odrzuceniem, cierpieniem. Dlatego kochający za bardzo w życiu dorosłym szukają sytuacji podobnych do tych, które miały miejsce w ich dzieciństwie lub młodości. Mają silną tendencję do kierowania się ku sytuacjom znanym, do powielania schematów, a wszystko, co jest obce czy związane ze zmianą, łączy się z dużym lękiem.

Kobiety kochające za bardzo, dążąc podświadomie do ponownego zaznania i przeżycia znanych im sytuacji, pragną w ten sposób „naprawić” przeszłość. Jeśli na przykład ojciec dziewczyny był emocjonalnie niedostępny, prawdopodobnie poszuka ona partnera, o którego uwagę będzie musiała ciągle zabiegać. Mężczyzna oddany, troskliwy i czuły, z którym można nawiązać dojrzałą relację, choćby się pojawił, szybko zostaje odrzucony. Kobiety często mówią, że taki mężczyzna jest miły i dobry, ale jakiś nudny. Cena, jaką płacą za brak nudy w związku, jest bardzo wysoka.

Dla kobiet kochających za bardzo mężczyzna musi stanowić wyzwanie, dostarczać emocji, a przede wszystkim sprawiać wrażenie potrzebującego.

Cechy partnerów kobiet, które kochają za bardzo

- Niedostępny.

- Zdradza.

- Lekkomyślny.

- Nieodpowiedzialny.

- Cechuje go syndrom Piotrusia Pana – jest to postawa, polegająca na nadmiernym skupieniu na sobie, wymagająca od partnerki ciągłej uwagi. Piotruś Pan pragnie uciec od dorosłości, unikając zobowiązań i odpowiedzialności. Jest niezdolny do tworzenia trwałych więzi, odczuwa strach przed planowaniem przyszłości; jest wiecznym chłopcem, którego pociągają sporty ekstremalne, przygoda i zabawa. Związek traktuje powierzchownie, oczekując od partnerki postawy matkującej (opiekuńczej i pobłażliwej).

Najczęstsze przyczyny kochania za bardzo

- Życie marzeniami i silne przekonanie o własnej omnipotencji style=' '>– kobieta uważa, że wszystko zależy od niej i gdy będzie wystarczająco zabiegać, mężczyzna się zmieni.

- Kompleks „wybawicielki” – przekonanie, że jest się odpowiedzialną za życie partnera.

- Brak poczucia bezpieczeństwa w dzieciństwie – zazwyczaj doprowadza kobietę do tego, że swoim działaniem pragnie zapanować nad mężczyzną; podświadomie czuje, że poczucie kontroli nad nim przyniesie również kontrolę nad własnymi emocjami – z tego powodu kobieta nieprzerwanie skupia się na obserwacji partnera, a jego nastroje stają się miernikiem jej uczuć.

- Ciągłe usprawiedliwianie mężczyzny – nawet jeśli zachowuje się w sposób bardzo raniący.

- Zaprzeczanie, życie w iluzorycznym, wyidealizowanym świecie

– kobiety nie dopuszczają do siebie myśli, że mogą być zdradzane, bezkrytycznie pozostają przy wyidealizowanym obrazie; zaprzeczają i negują rzeczy, które mogłyby sprawić, że rzeczywistość stałaby się inna niż oczekiwana, a tym samym nie do zniesienia.

- Ukrywanie lęków pod pozorami pewności siebie, ambicji i niezależności – pod tą maską kryje się niskie poczucie własnej wartości.

- Poczucie winy – jest to typowe uczucie doznawane przez osoby kochające za bardzo.

- Poczucie nadmiernej odpowiedzialności.

- Instrumentalne traktowanie seksu – seks służy do osiągnięcia pożądanych zmian; kobiety stawiają pasję i namiętność ponad poczucie bliskości, którego nie miały sposobności doświadczyć – dlatego jest ono trudne do osiągnięcia.

Kocha się za bardzo, gdy miłość utożsamia się z cierpieniem, ale mimo to nałogowo trwa się przy partnerze i nie potrafi się odejść.

Długotrwałe trwanie w sytuacji nadwyrężającej zasoby energetyczne i psychiczne sprawia, że kobiety często zapadają na depresję. Doświadczane cierpienie intensyfikuje także skłonność do uzależnień i zaburzeń odżywiania.

Pomimo wielu trudności, które napotykają osoby kochające za bardzo, możliwe jest zbudowanie przez nie dojrzałego związku opartego na wzajemnym zaufaniu, trosce o siebie i szacunku. Praca nad uzależnieniem od miłości zaczyna się od uzyskania świadomości swoich doświadczeń z przeszłości, z rodzicami i wcześniejszymi partnerami.

Kluczem do zerwania z nałogiem jest rozwijanie umiejętności skupienia uwagi na sobie. Do tej pory w centrum zainteresowania był potrzebujący partner, którym trzeba było kierować. Kobiety uczą się:

- dbać o siebie,

- zauważać własne potrzeby i emocje,

- wzmacniać poczucie własnej wartości.

W style='color:black

ymaga to wysiłku, nierzadko skorzystania z terapii czy grupy wsparcia, gdzie można spotkać osoby z podobnym problemem.

Warto przeczytać:

Fromm E.: O sztuce miłości. Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2007.

Artykuł ukazał się w czasopiśmie Zbliżenia (8/2012)


Dziecko uczy się zaprzeczać uczuciom. Dlatego osoby kochające za bardzo, choć tkwią w relacjach obciążających i zagrażających, nie potrafią ich odrzucić. Trudno jest im dotrzeć do własnych potrzeb, zadbać o swoje dobro. Pociągają je osoby niedojrzałe, nieodpowiedzialne, uzależnione, agresywne i takie, nad którymi trzeba roztoczyć opiekę, czyli będące repliką ich rodziców. Magda wspomina: „Mama starała się aż za bardzo. Wstawała przed ojcem, by nie zobaczył jej bez makijażu. Śmieszyło mnie to, ale przyłapałam się, że to samo robię, będąc z Danielem. Na barkach matki spoczywało nasze wychowanie. Ojciec pracował albo pił. Miał na wszystko ciche pozwolenie matki. Również na to, by ją zdradzać.” Mary Ainsworth, psycholog zajmująca się rozwojem człowieka, wyróżnia trzy style przywiązania: bezpieczny, lękowo-unikający i lękowo-ambiwalentny. Jak wykazano, 20 procent dzieci reprezentuje ostatni styl. Brakuje im pewności, że dostaną wsparcie, dlatego nieustannie muszą upewniać się, czy mama jest w zasięgu ich wzroku. Gdy mama oddala się, stają się niespokojne i protestują. Natomiast, gdy wraca okazują radość pomieszaną ze złością i oporem. Jako dorośli mają tendencję do kochania za bardzo. Okazuje się, że styl przywiązania do matki ujawniony około 12. miesiąca życia, u 70 proc. dorosłych osób przekłada się też na styl przywiązania do partnera.


Fragment artykułu „Kompleks wybawicielki”, który ukazał się w magazynie psychologicznym „Charaktery” nr 2 (217), luty 2015 r.


Pojawiają się katastroficzne myśli, a lęk je uwiarygodnia, zawężając percepcję i rozumowanie do tego, co nam zagraża. A jeśli, szukając ukojenia lub informacji, wejdziemy do sieci, spływające tam wpisy i komentarze jedynie nakręcą nam lęk i obsesyjne myślenie.

Obawy przeradzają się niekiedy w zaburzenia lękowe: fobię, panikę, kompulsywne zamartwianie się, natrętne myśli i czynności albo ciągłe uczucie niepokoju. Co więcej, lęk jest komponentą większości chorób psychosomatycznych. Może być zarówno skutkiem, jak i przyczyną bezsenności, impotencji, chorób układu krążenia, a nawet nowotworów. Nadmierny niepokój podkopuje nasze zdrowie, obniża wydolność organizmu i jego zdolności regeneracyjne. Chroniczne napięcie sprzyja powstawaniu dolegliwości bólowych, stanów zapalnych i infekcji. Pochłania przy tym energię. Osoby, które uprawiają wspinaczkę, wiedzą, że wisząc nad przepaścią, muszą okiełznać swój strach, ponieważ ciało zużyje wówczas za dużo energii i nie wystarczy im sił, by wrócić do schroniska. Przelękniony umysł nie działa sprawnie, łatwo wtedy o błąd.

Może więc lepiej nie odczuwać lęku, skoro pociąga takie koszty? Niekoniecznie. Jak wszystkie emocje, może służyć on jako informacja albo sygnał do działania. Gdy jest utrzymany w ryzach, sprzyja wrażliwości na drugą osobę. Małe jego dawki działają mobilizująco, a także powodują, że unikamy niepotrzebnych zagrożeń. Dzięki niemu wiemy, kiedy pokonujemy własne ograniczenia, a w efekcie czujemy napływ wewnętrznej siły, sprawczość i skuteczność. Tak się dzieje, gdy lęk jest adekwatny.

A kiedy staje się nadmiarowy? Warto zwrócić uwagę na jego intensywność, która przekłada się na objawy somatyczne: drżenie kończyn, szybszy oddech, wysokie tętno, potliwość, nieostre widzenie, nadmierne napięcie mięśniowe (szczególnie w okolicy żuchwy, szyi, barków, pośladków). A także na to, jak długo taki stan się utrzymuje. Klinicyści diagnozują fobię, gdy lęk przed czymś trwa co najmniej sześć miesięcy. Z drugiej strony lęk uogólniony nie jest intensywnym doznaniem, raczej niepokojem gdzieś w tle, lecz może utrzymywać się latami – odbierając nam zdrowie i siły. Ważna jest też adekwatność reakcji lękowej. Niepokój w ciemnej uliczce jest zrozumiały, gdy jednak dopada nas w jasny dzień, wydaje się nadmiarową reakcją.

Jeśli zaczynamy unikać miejsc i sytuacji, które wywołują niepokój, to znak, że lęk przejął nad nami kontrolę. Próbujemy się zabezpieczać, stosujemy magiczne rytuały. Zgłaszamy różne dolegliwości, doszukując się w sobie objawów choroby. Obawiamy się wychodzić z domu; obmyślamy, jak przejść przez miasto, by spotkać jak najmniej ludzi... Chcemy w ten sposób uwolnić się od lęku. Lecz w konsekwencji czujemy się coraz mniej pewni siebie. Gdy lęk zaczyna dominować, dezorganizując nam życie, i coraz więcej sytuacji go wywołuje – to sygnał, że sytuacja wymaga pomocy.


Fragment artykułu „Zaraźliwy lęk”, który ukazał się w magazynie psychologicznym „Charaktery” nr 4-5 (279-280), kwiecień/maj 2020 r.


Psycholog społeczny prof. Bogdan Wojciszke wyróżnił pięć faz, przez które przechodzą związki. Pierwsza to zakochanie, gdy zalewają nas niezwykle przyjemne emocje, które wyłączają racjonalne myślenie i koją przykre uczucia. Poczucie pustki zostaje zastąpione wszechogarniającą euforią. Zaciera się granica pomiędzy nami a ukochaną osobą, pomiędzy realnością a fantazjami na jej temat. Gdy związek wchodzi w kolejną fazę, tzw. romantycznych początków, partnerzy są coraz bardziej sobie bliscy, uważni na siebie. Do głosu dochodzą najgłębsze podświadome potrzeby, na przykład pragnienie „zlania się” z drugą osobą, bycia z nią jednością, czucia i myślenia w taki sam sposób. Albo tęsknota za kimś, kto nas zrozumie bez słów, odgadnie nasze potrzeby, da nam poczucie bycia kimś ważnym – psychologowie nazywają to pragnieniem symbiotycznej bliskości. Inni z kolei marzą, żeby partner stał się ich lustrem, w którym będą mogli się nieprzerwanie przeglądać, dostając potwierdzenie, że są widziani i słyszani. Towarzyszy temu wiara w wyjątkowość partnera, idealizowanie go i emocjonalne „karmienie się” takim jego obrazem. W kolejnej fazie – związku kompletnego – ważne staje się wzmacnianie wspólnych płaszczyzn i podobieństw, zarazem uczucie namiętności powoli schodzi na dalszy plan. Wtedy często nadchodzi bolesny moment urealnienia partnera, co przejawia się myślami: „on nie jest taki jak ja, nie zawsze mnie dobrze rozumie, czasem jest słaby, nieporadny. Jest inny ode mnie, po prostu zwyczajny”. To urealnienie wielu ludzi odbiera jako poczucie osamotnienia. Są przekonani, że odrębny, różny od nich partner oddala się. Stają tym samym przed wyborem: albo będą budować swoją autonomię i pozwolą na różnorodność w relacji, co często kojarzy im się z poczuciem osamotnienia, albo usilnie będą dążyć do zaspokajania dziecięcych pragnień totalnej bliskości. Jest to a tyle trudny moment, że niektórzy postanawiają się wtedy rozstać.


Fragment artykułu „Rzem samotni”, który ukazał się w magazynie psychologicznym „Charaktery” nr 7 (234), lipiec 2016 r.


Tak było w przypadku Katarzyny. Gdy tylko nawiązywała bliską relację, odsuwała na bok wszystkie projekty, plany, przyjaciół. A po czasie orientowała się, że dłużej tak nie potrafi. Zwiększała więc dystans wobec partnera, rzadziej się z nim spotykała, częściej zapraszała znajomych, podkreślając w rozmowie, że przecież partner nie jest jedyny, najważniejszy. Wtedy on – zdezorientowany – wycofywał się. Ten schemat powtarzał się w jej życiu wielokrotnie. Nie umiała zachować równowagi – albo totalna bliskość, albo dystans. Wiele osób pragnących bliskości czuje lęk przed odrzuceniem i bolesną pustką, która temu towarzyszy. Prawdopodobnie we wczesnym dzieciństwie doświadczyły odrzucenia, a potem odtwarzają ten wzorzec w kolejnych ważnych relacjach. Chroniąc się przed cierpieniem, idealizują swoje związki. Starają się spełnić potrzeby partnerów i zrobić wszystko, by nie dać powodu do konfliktu, nie dopuścić do sytuacji grożących rozstaniem. Bywają więc uległe, rezygnują z siebie.

W relacji czują się niepewnie, jakby stąpały po kruchym lodzie. Obawiają się, że gdy będą naprawdę blisko ukochanego, ten odkryje ich „ciemne strony”, a wtedy niechybnie zostaną porzucone. Wstydzą się siebie, czują się nie dość dobre, nie dość godne, by je kochać. Dlatego boją się dzielić sobą, nie wychodzą z inicjatywą. Oczekują, że to partner podejmie ryzyko odsłonięcia siebie, swoich emocji i myśli. On narzuci tempo budowania relacji. Jednocześnie asekurują się i nadmiernie się kontrolują. Nic dziwnego, że mają trudności ze spontanicznością.


Fragment tekstu, który ukazał się w książce „O lęku bez strachu. Jak bać się tyle, ile trzeba”, Kielce 2017, Wydawnictwo „Charaktery”


Gdy znajdujemy oparcie w sobie, słabnie niepokój o partnera, łatwiej nam zaakceptować fakt, że ma on swoje zainteresowania i spotyka się z innymi ludźmi. Przyjmujemy to bez obaw, że nasz związek na tym ucierpi.

A co jeśli nasz partner jest nadmiernie zazdrosny? Wciąż dopatruje się zdrady? Zastanówmy się, czy nie wzbudzamy w nim celowo zazdrości, by poprawić sobie nastrój albo podnieść poczucie własnej wartości. Jeśli nie, trzeba emocjonalnie odłączyć się od zazdrości partnera i chronić się przed nią: nie tłumaczyć się, nie wchodzić w dyskusje, nie angażować osób trzecich jako świadków. I tak nie udowodnimy, że nie jesteśmy wielbłądem. Jeśli zaś zaczniemy się tłumaczyć i polemizować, dla partnera będzie to sygnał, że poważnie traktujemy jego podejrzenia, co zapewne nakręci spiralę zazdrości. Pamiętajmy, że to, o czym mówi zazdrosny partner, wydarza się jedynie w jego głowie. Rozłóżmy nad sobą ochronny parasol, wzmacniając poczucie własnej wartości, a w potrzebie szukając wsparcia u innych, ufających nam. Nie zmienimy partnera, ale możemy chronić siebie.


Fragment artykułu „W opiece zielonookiego potwora”, który ukazał się w magazynie psychologicznym „Charaktery” nr 3 (242), marzec 2017 r.


Pisarz Janusz Leon Wiśniewski ujął ten stan słowami: Gdy tak myślę, to tak rozpaczliwie tęsknię za Tobą, że chce mi się płakać. I nie jestem pewien, czy z tego smutku, że tak tęsknię, czy z tej radości, że mogę tęsknić. Jednak dla wielu z nas pełne doświadczenie tęsknoty jest trudnym, a momentami wręcz niemożliwym zadaniem. Wymaga bowiem jednoczesnego spojrzenia na dwa bieguny: braku i nadziei. To tak jakbyśmy mówili do kogoś jednocześnie „kocham i nienawidzę cię”. Jak poradzić sobie z tym wewnętrznym rozdarciem?

Małe tęsknoty…

Antoni de Mello, hinduski jezuita, psychoterapeuta i kierownik duchowy, opisał pewną historię małżeńską. Otóż pewna para przez trzydzieści lat wspólnie oglądała telewizję. Któregoś dnia mąż zwrócił się do żony z prośbą, by zrobili wspólnie coś ekscytującego. Przez jej umysł przesunęło się wiele obrazów, w tym pełna przeżyć noc spędzona w mieście. Z entuzjazmem zgodziła się, a wtedy on odparł, że bardzo chciałby… zamienić się fotelami. Na pozór humorystyczna opowiastka ukazuje głębszą prawdę. Gdy pragnienia przykrywa kurz codzienności, mogą one być zredukowane do banału, aż wreszcie dopada nas rezygnacja, być może depresja. Jednak nawet te nasze małe tęsknoty są odzwierciedleniem wielkich nadziei. Jakich? Tęsknimy za bezpieczeństwem, miłością, uznaniem, szacunkiem, za rodzicami, ludźmi, którzy nas opuścili lub odeszli z tego świata, za poczuciem szczęścia, sensu i spełnienia, za Bogiem albo za ukochanym, z którym w końcu poczujemy pełne zespolenie. W czasie wojny i zagrożenia tęsknimy za pokojem i przewidywalnością życia, a w czasie pokoju za różnorodnością. Ta zmienność sprawia, że czasem nie wiemy do końca, za czym tęsknimy. Doświadczamy wówczas wiecznego niedosytu i nieustannie czekamy na „coś”. A gdyby tak nie zatrzymywać się na samym odczuciu braku, a raczej spróbować go doświadczyć i lepiej zrozumieć? Wówczas mamy szansę wyjść z tej poczekalni życia i znaleźć się w jego przedsionku.


Fragment artykułu „Tęsknota”, który ukazał się w magazynie psychologicznym „Charaktery” nr 5 (234), czerwiec 2020 r.


Niestety zazwyczaj słyszą wiele krytycznych głosów albo komend. Wiele badań pokazuje, że taka sytuacja obciąża układ nerwowy. Ogromna część zasobów: wewnętrznej uwagi, koncentracji, ale też czasu zostaje przeznaczona na wygląd. Trudniej się skupiać w pracy, w trakcie egzaminu, trudniej myśleć o tym czego mogą się jeszcze nauczyć albo co zrobić dla innych. Przestają być osobą, a stają się obiektem. To wyjątkowy niebezpieczny stan, który wzmaga podatność na przemoc i manipulację! Krytyczne myśli są podsycane przez ciągłe porównania ze zdjęciami zamieszczanymi w mediach społecznościowych, w artykułach, prasie. Gdy ta sytuacja staje się trwała może prowadzić do obniżonego nastroju, lęku przed wychodzeniem z domu i oceną innych ludzi, do zaniechana kontaktów towarzyskich, zaburzeń depresyjnych czy lękowych, a także zaburzeń odżywiania. Stąd niezwykle ważne jest uczenie dziewczynek, ale również dorosłych kobiet adekwatnego zajmowania się wyglądem, tak by nie determinował on samooceny, nie przytłaczał innych aspektów życia, bo nie jesteśmy samym ciałem. To tylko jedna ze składowych naszej osobowości.


Fragment artykułu „Gdy nie podobasz się samej sobie”, który ukazał się na portalu Deon.pl


Przy doświadczaniu takich dolegliwościach pierwszy krok wydaje się oczywisty: skoro coś w moim ciele nie funkcjonuje tak, jak powinno, musi zająć się tym lekarz. Jednak po tygodniach pukania do drzwi kolejnych specjalistów, wykonywania badań i przyjmowania leków, okazuje się, że niewiele pomaga. Cała trudność polega na tym, że osoby szukają wsparcia w niewłaściwym miejscu. Kiedy konwencjonalne leczenie nie przynosi ulgi, warto przyjrzeć się czy podłożem problemu nie jest nadmierny stres i obciążenia życiowe. Gdy ciało choruje, a przyczyna leży w psychice - stan ten jest określany jako zaburzenie psychosomatyczne.

Wiele osób doświadczających tego typu trudności zazwyczaj nie jest świadoma swojego cierpienia psychicznego i neguje związek dolegliwości fizycznych i dyskomfortu psychologicznego. Objawy płynące z ciała zasłaniają ból psychiczny. A z takim objawem łatwiej się mierzyć: boli to znaczy jest na to lekarstwo. Wystarczy tylko dobrze poszukać. I tak koło się zamyka.

Cały ten stres

Podłożem dolegliwości psychosomatycznych jest przedłużający się stres, z którym trudno sobie poradzić. Powoduje on napięcie w różnych miejscach w naszym organizmie. Z czasem "przyzwyczajamy" się do dyskomfortu i jest on jakby w tle, nie zauważamy go. Jednak chronicznie napięte mięśnie i tkanki, stają się coraz bardziej przeciążone, otrzymują mniej substancji odżywczych i zaczynają chorować.

I tak na przykład przewlekłe napięcie w szyi i kręgosłupie może prowadzić do zwyrodnienia kręgów, zaciskanie żołądka do jego wrzodów, ściśnięcie klatki piersiowej zaburzenia oddechu… Dodatkowo do zaostrzenia reakcji stresowej przyczyniają się nasze predyspozycje osobowościowe. Najszerzej zbadaną i opisaną w literaturze jest tzw. osobowość typu A. Są to osoby nastawione na osiągnięcia, perfekcję, a jednocześnie żyjące w nieustannym pośpiechu, robiące kilka rzeczy naraz, rywalizujące oraz drażliwe. Okazuje się, że osobowość typu A jest prognostykiem chorób serca na równi z paleniem tytoniu, nadciśnieniem i podwyższonym poziomem cholesterolu.


Fragment artykułu „Ciało choruje razem z duszą. Czym są zaburzenia psychosomatyczne?”, który ukazał się na portalu Deon.pl


Mogą nas unieruchamiać i blokować zmiany, albo sprawiać, że przeciwności stają się tylko kolejnym wyzwaniem. Myśli ściśle związane są z emocjami, zachowaniami, ciałem i duchem. Zmieniając je, zmieniamy całą resztę.

Natłok myśli

Niektórzy, szczególnie w stresujących sytuacjach, narzekają na pustkę w głowie, ale to zazwyczaj natłok myśli lub ich nieustanne odtwarzanie się - jak w pętli - przyprawia wielu problemów. Tak właśnie było u młodego małżeństwa. Ona od początku ich wspólnej drogi życia co najmniej dwa razy w tygodniu zmywała podłogę. Kiedyś usłyszała od swojej mamy i babki, że czysta podłoga świadczy o pani domu. Od tej pory była przekonana, że tak trzeba robić. Kiedy ona biegała z mopem, jej mąż tego nie dostrzegał, a na domiar złego zdarzało mu się wejść w brudnych butach do domu.

Temat podłogi stał się przedmiotem walk i sporów. On nie wiedział co się dzieje, a ona wpadała w wir myśli: "Jestem nieważna", "Nie dostrzega mnie." Każda taka refleksja sprawiała, że żona oddalała się od męża, czuła dystans, traciła wiarę w ich związek. Aż do pewnego wieczoru, gdy usłyszała od niego, że w ogóle nie oczekuje błyszczących podłóg, że dla niego to jest mało ważne i że chętnie on raz na tydzień je przemyje. W jednej chwili uwolniła się od swoich wewnętrznych głosów i oczekiwań, a może bardziej oczekiwań kobiet w rodzinie? Nie byłoby to możliwe, gdyby nie rozmowa, która zweryfikowała rzeczywistość i pozwoliła ustalić fakty oraz zrozumieć punkty widzenia.


Fragment artykułu „Jak skutecznie walczyć ze strasznymi myślami?”, który ukazał się na portalu Deon.pl


Może to oznaczać, że kochasz za bardzo. Innymi słowy - że jesteś uzależniona od miłości. Zwracam się w rodzaju żeńskim, bo w grupie ryzyka znajdują się głównie kobiety. Wydaje się to stereotypowe, ale doświadczenie pokazuje, że to najczęściej one wpadają w sidła uzależnienia od miłości. Dla większości kobiet ważne są relacje międzyludzkie i to na nich opierają poczucie szczęścia i satysfakcji życiowej.

Mężczyźni częściej uzależniają się od alkoholu, hazardu, narkotyków, seksu czy pornografii. W takim zestawieniu uzależnienie od miłości wydaje się być niewinne, często bagatelizowane, ale jak każdy nałóg może prowadzić nawet do śmierci…

Uzależniona od miłości

Agata trafiła do mojego gabinetu w stanie ciężkiej depresji. Siedziała pochylona, smutna, płakała, przez cały czas doświadczała napięcia. Jej ciało i wszystkie sygnały, które od niego odbierała, mówiły, że nie może dalej żyć w ten sposób. W swoim związku doznawała ciągłego upokorzenia. Piotr - jej partner - znikał na długie wieczorne godziny i wracał bez słowa wyjaśnienia, często wpadał w ataki niekontrolowanej agresji i rzucał przedmiotami, krzyczał, kilka razy ją uderzył, a ostatnio doszła do tego zdrada, po której dziewczyna znalazła się u psychiatry.

Część Agaty, ta racjonalna, zdaje sobie sprawę, że związek z Piotrem ją niszczy, dziewczyna słyszy to też od znajomych. Czuje, że już nie ma z kim porozmawiać o swoich trudnościach. Wszyscy dają jej radę w postaci słów "rzuć go". Agata doskonale wie, że to zakończyłoby jej cierpienie, jednak emocjonalna część jej osoby jest śmiertelnie przerażona wizją rozstania. Boi się być sama. Odkąd pamięta, zawsze z kimś była. A poza tym kocha go, nawet wtedy, gdy ją tak rani.

Wierzy w to, że Piotr się zmieni, a ona mu w tym pomoże. Często o nim myśli, że jest bardzo pogubionym człowiekiem, ma też poczucie, że jeszcze nie zrobiła wszystkiego, co mogła. Każdy czuły gest Piotra wynagradza jej cierpienie, dodaje otuchy i przynosi nadzieję na lepszą przyszłość. Agata żywi także silne przekonanie, że to ona jest niewystarczająco dobrą dziewczyną, że gdyby była lepsza, wszystko wyglądałoby inaczej, więc stara się jeszcze bardziej. Jej życie to nieustanna huśtawka emocji: od rozpaczy po euforię, od lęku po błogość i ukojenie.


Fragment artykułu „Kobiety, które kochają za bardzo. Uzależnione od miłości”, który ukazał się na portalu Deon.pl


Nie czekajmy na kryzys, zatrzymujmy się "tu i teraz", w zwyczajnej codzienności. Wówczas w chwilach poważnych trudności, stop-klatki przyjdą nam znacznie łatwiej i będziemy mogli skorzystać z tego co zauważymy w danej chwili, żeby ruszyć dalej. Kryzys stanie się czymś twórczym. Jak zatem zwolnić w codzienności i potrafić się zatrzymać? Na początek warto odzyskać dostęp do naturalnego upływu czasu, który nie przypomina szalonej jazdy na karuzeli, a raczej tempo dziecięcej zabawy. Jeśli masz dzieci, odłóż wszystko na bok i po prostu usiądź obok, obserwuj, chłoń ich widok, albo pobaw się z nimi. Przyglądaj się przyrodzie, w ciągu dnia raz na jakiś czas spójrz w niebo. Podczas drogi do pracy zauważ źdźbło trawy, poczuj podmuch wiatru. Oddychaj choć przez chwilę ze świadomością. Przyglądaj się mijanym ludziom, budynkom. Kontempluj. Zwolnij o poranku. Wejdź nieśpiesznie w dzień, niech Twoja pierwsza myśl będzie dziękczynieniem lub błogosławieństwem. Ominie cię wówczas gonitwa myśli, poranny niepokój, który wybija z teraźniejszości. Choć raz dziennie pytaj siebie: "co ja teraz czuję?" Nie oceniaj tych uczuć, przyjmij je i zastanów się jaką informację ze sobą niosą, wtedy dotrzesz do tego, czego w tym momencie naprawdę potrzebujesz. I już wiesz, w którą stronę podążać, nawet w głębokim kryzysie. Zauważaj momenty kiedy Twój umysł przyspiesza, kiedy działasz schematami (bo tak trzeba, wypada, powinno się). Stwórz swoją myśl ratunkową, która doda ci otuchy, sprawi, że znajdziesz w takich momentach inny punkt odniesienia.

Tylko tyle i aż tyle.


Fragment artykułu „Siła stop-klatek. Zatrzymaj się i pokonaj kryzys”, który ukazał się na Deon.pl